Nagle Jangotat odgadł

prawdę. Cóż za wspaniały żart! Najlepszy, jaki znał. Mógł tylko mieć nadzieję, że zdąży go komuś opowiedzieć, że jego towarzysze pewnego dnia będą się śmiać z idiotycznego kawału, jakim okazała się ta historia na Cestusie. Jangotat rechotał histerycznie, obserwując wejście do bunkra. Nic. Szefowie Pięciu Rodów siedzieli w środku, bezpiecznie zamknięci. Nikt nie jest bezpieczny, warknął. Czas na małą lekcję. Czy to będzie dobre, czy złe? Ci ludzie skazali na śmierć całą planetę i nikt nie był w stanie ich powstrzymać. ZJ zignorował Jangotata, potoczył się w tył, w przód i wreszcie utkwił głową w rogu sali. Zadygotał, cofnął się i zaczął nieporadnie walić w ścianę. Jangotat doszedł do wniosku, że to najśmieszniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział. Zdołał dowlec się do drzwi schronu i zaklinował je karabinkiem laserowym.

Menu