Włosy na głowie

Obi-Wana stanęły dęba. Z trudem opanował wstrząs elektryczny, który groził sparaliżowaniem systemu nerwowego i płuc. Robot przyciągał go coraz bliżej, próbując zeskanować mu siatkówkę, ale Obi-Wan włączył pejcz i śmignął nim, jednym gestem unieruchamiając cztery ramiona automatu. Z rozszarpywanej durastali posypały się iskry. Obi-Wan zasłonił oczy dłońmi, bo fontanna iskier buchnęła mu prosto w twarz. Słyszał, bo nie mógł widzieć, jak mechaniczne ramiona z brzękiem spadły na ziemię, odcięte przez ogniste włókna. Teraz stracił oba narzędzia. Robot zdał sobie chyba sprawę, że on też jest okaleczony, bo cofnął się o krok. Obi-Wan podjął kolejną błyskawiczną decyzję i rzucił się do przodu, wiedząc, że najgorsze, co go może czekać, to agresywny ruch ZJ. Robot próbował zareagować, ale tym razem zwłoka była aż nadto widoczna.

Menu